Cover of Deep Purple's song Perfect Strangers performed by Wasteland Rocks. Songs recorded in 2005 by Linda Eidset, Yngve Eidset, Freddy Strøm, Ole Kristian Heggdal, Trond Vinje. j.mp/wlrscps. heavymetal cover metal deeppurple. Release date:
This bass cover is new and old and new and old and kind of new too because it's new on this channel but also old because actually I've recorded it a
Deep Purple - Rapture Of The Deep Wydawca: Edel Records / Eagle Records / Zoom / JVC Victor / ShockHound Rok wydania: 2005 Money Talks Girls Like That Wrong Man Rapture Of The Deep Clearly Quite Absurd Don't Let Go Back To Back Kiss Tomorrow Goodbye MTV [limited edition bonus track] Junkyard Blues Before Time Began Things I Never Said [japoński bonus track] Skład: Ian Gillan - śpiew; Steve Morse - gitary; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja Produkcja: Michael Bradford Rapture Of The Deep to pochodzący z 2005 r. osiemnasty i jak dotąd ostatni studyjny album Deep Purple. Wprawdzie podobno ekipa w pocie czoła pracuje nad jego następcą, ale nie zmienia to faktu, że już od sześciu lat nie mieliśmy nowego materiału od Purpurowych. Skład hard rockowej legendy od wielu lat uznać można za stabilny. Od 1994 r. pozycję gitarzysty niezmiennie dzierży Steve Morse (Dixie Dregs, Kansas, solo), a od roku 2002 dawnego klawiszowca Jona Lorda zastępuje Don Airey (Gary Moore, Rainbow, Whitesnake). Również na stanowisku producenta okrzepł Mike Bradford, który współpracował z zespołem już przy okazji poprzednich wydawnictw odciążając tym samym Glovera, który zajmował się produkcją przez lata. Tak więc bez większych niespodzianek. Brzmienie Rapture Of The Deep też nie powinno nikogo zaskoczyć, bowiem Deep Purple to formacja z ugruntowaną pozycją i fani kochają ją wtedy, gdy gra jak w klasycznych czasach, a ganią, gdy poczyna sobie zbyt śmiało z eksperymentami. Money Talks to właśnie dobry przykład, że i w XXI wieku można brzmieć, jakby nadal były lata siedemdziesiąte. Kompozycja przypomina klasyczne dokonania Purpli z tamtych czasów, a do tego jeszcze silnie kojarzy się z twórczością Uriah Heep, tym bardziej że Bernie Shaw z owej grupy ma barwę głosu podobną do Gillana. Świetnie spisuje się za organami Airey, praktycznie nie odstaje on od Lorda, ba, podobno nawet gra na tych samych odziedziczonych Hammondach... Co do Steve'a, to uważam, że marnuje się tutaj, bo to wioślarz typowo progresywny i mógłbym niemal się założyć, że jest tu tylko po to, by finansowo zabezpieczyć swoją emeryturę, wszak Deep Purple to wciąż dobry towar ;). Tak czy inaczej, pan Morse próbuje grać tak, jakby tu grał nadal Blackmore (przy okazji imitując też Boxa z Uriah), bo w końcu tego oczekują fani. O ile poprzednia ścieżka była bardzo majestatyczna, o tyle kolejne Girls Like That jest już mniej poważne i bardziej wesołe. Zaryzykuję stwierdzenie, że tym razem więcej jest nawiązań do czasów, gdy w Purplach udzielali się panowie Coverdale i Hughes. Pojawiają się elementy funkowe po prostu. Piosenka podoba mi się poza refrenem, ten bowiem wydaje mi się mało wyrafinowany. Dalej w secie następuje bardzo masywny kawałek o tytule Wrong Man. Nastawiony raczej na granie niezbyt skomplikowane, za to przybijające słuchacza do fotela, niewątpliwie masywne. Główny riff przypomina mi wiele podkładów Joe Satrianiego z jego płyt ostatniej dekady, a przy okazji przypomina i fakt, że przecież Joe również koncertował w składzie Purpli, choć akurat niczego z nimi nie nagrał. Dobrze się tego słucha, aczkolwiek linie wokalne mogłyby być lepsze. Za to dla kontrastu mamy potem genialne tytułowe Rapture Of The Deep. Od pierwszych dźwięków udzielają się motywy orientalne i jak słusznie ktoś zauważył, po plecach mogą przejść takie same ciary, jak niegdyś przy słuchaniu Perfect Strangers. Doszukiwanie się tu jakichkolwiek słabostek byłoby tylko zbędną nadgorliwością w krytyce. Ja uwielbiam kawałki w takim stylu od czasu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Demons's Eye czy Pictures Of Home (nie wspominając o Gates Of Babylon, choć to akurat pozycja z repertuaru Rainbow). Klimat zmienia się diametralnie wraz z Clearly Quite Absurd, które jest po prostu balladą. Wielu osobom się ona podoba, cóż, może jestem nieczuły, ale to już któreś moje podejście do tego kawałka i mimo iż próbowałem się do niego przekonać bywając w różnych nastrojach, nadal mnie on nie rusza. Wciąż Child In Time czy Anyone's Daughter w moi odczuciu pozostają niepokonane. W Don't Let Go więcej funkująco-bluesującego hard rocka, na siłę nawet można dosłyszeć się tu wpływów Hendrixa. Fajny numer na słuchanie bliżej wieczora i z piwkiem w ręku. Świetnie nadałby się też na występy na żywo w jakiejś knajpie. Wbrew pozorom Back To Back nie należy z góry skreślać ścieżki Back To Back. Wokalnie faktycznie mogłoby być lepiej, ale na przykład do przewijających się tu gitarowych riffów zastrzeżeń mieć nie można. Myślę, że takiego kawałka nie powstydziłoby się ZZ Top, choćby ze względu na jego rytmikę. W gusta fanów klasycznego Deep Purple powinien bezboleśnie trafić numer Kiss Tomorrow Goodbye. Więcej brzmień Hammondów, do tego charakterystyczne zagrywki sekcji rytmicznej, no i Steve Morse grający jak Ritchie Blackmore w początkach lat '70. Nic odkrywczego, za to zaspokojenie nostalgicznych tęsknot za tamtym okresem. Na kolejnej pozycji bonusowe nagranie w postaci rozrywkowego MTV. Tu jest bardzo skocznie i nawet nie wsłuchując się w słowa można dojść do wniosku, że jest to piosenka zabawna, a już z pewnością nie śmiertelnie poważna. Steve gra tu solówkę w luźnym stylu i czuć, że mu się to podoba, zwłaszcza że podobne rzeczy wygrywał na swoich solowych płytach. Wpływy funka da się zauważyć w Junkyard Blues, które wbrew tytułowi z bluesem raczej zbyt wiele wspólnego nie ma. Charakterystycznie pogrywają tym razem klawisze, chyba inspirowane brzmieniami z westernowych saloonów, względnie podkładami muzycznymi epoki kina niemego. Ospale rozpoczyna się zamykające zestaw podstawowy Before Time Began, by niespodziewanie nabrać energii w okolicach połowy ścieżki. Ta druga połowa nagrania podoba mi się bardziej, nawet mimo nieco psychodelicznie pogrywających tam klawiszy. Kapitalna robota wokalna Gillana swoją drogą. Japończycy dostali jeszcze w prezencie całkiem ciekawy utwór o tytule Things I Never Said. Rzecz szybsza, przez to bardziej żwawa, a przy tym bardzo melodyjna. Na uwagę zasługują głównie klawiszowe popisy z brzmieniem lat '70, no i w zadziwiający sposób młodo brzmiący Ian Gillan. Całościowo bardzo klasycznie brzmiący album Purpli i słuchając go łatwo zapomnieć, że przecież ten krążek pochodzi z 2005 r. Dzieło zostało dość dobrze przyjęte przez krytykę i fanów, zapewne właśnie ze względu na swoją "klasyczność". Właśnie takiego grania większość słuchaczy od Deep Purple oczekuje. Płyta na pewno inna niż poprzedniczka, moim zdaniem lepsza. Oficjalna strona zespołu:
~ Stay Updated: http://killedthefixtion.fanbridge.com~ Purchase our music HERE: http://www.cdbaby.com/cd/killedthefixtionWe are proud to release our cover of
Za co fani kochają Deep Purple? Najprościej powiedzieć, że za muzykę, bo ta jest przecież najważniejsza. Bez niej nie byłoby o czym mówić — muzykę Deep Purple cechują szlachetność, kompozytorski i wykonawczy kunszt, a także ponadczasowość — wystarczy sprawdzić, jakie reakcje wzbudzają na koncertach czterdziestokilkuletnie już dziś często szlagiery zespołu: "Smoke on the Water", "Speed King", "Black Night", "When a Blind Man Cries", "Strange Kind of Woman", "Highway Star" czy nieco młodsze "Perfect Strangers". Tyle że… No właśnie — Deep Purple nie jest zespołem, który odcina kupony od dawnej sławy. Co prawda płyty "Rapture of the Deep" (2005) i "Now What?!" (2013) dzieliła aż ośmioletnia przerwa — identyczna jak między dwiema ostatnimi płytami Metalliki — ale już najnowszy krążek, "Infinite", trafił na półki sklepowe znacznie szybciej. Co więcej, grupa nadal tworzy muzykę, która obchodzi fanów – dwa ostatnie krążki spotkały się z rewelacyjną wręcz reakcją z ich strony, a i krytycy nie kryli zadowolenia. Szczególną uwagę zwracali na świeżość, jaka bije z nowych utworów, a także ich kompozycyjną dojrzałość. Na "Infinite" zgrabnie sąsiadują ze sobą zarówno piosenki nawiązujące do klasycznych hardrockowych dokonań zespołu ("Time for Bedlam", "Hip Boots"), jak i zachwycające niemal barokową ornamentyką ballady ("The Suprising"). Nikt tu na szczęście nie udaje młodzieniaszków ani z nikim się nie ściga. Nie musi. Jeszcze dłuższe pożegnanie Płyta płytą, dla prawdziwego fana największym przeżyciem jest zawsze uczestnictwo w koncercie. Deep Purple tym razem wystąpią w Polsce dwukrotnie, 23 maja w łódzkiej Atlas Arenie i dzień później w katowickim Spodku. Trasa, choć promuje wspominany "Infinite", dwudziesty studyjny krążek w dyskografii zespołu, nazywa się "The Long Goodbye Tour". Ma być najdłuższą w blisko pięćdziesięcioletniej historii zespołu – czy, tak jak sugeruje nazwa, także ostatnią? — Jeszcze nie podjęliśmy takiej decyzji — mówi perkusista Ian Pace, z zespołem związany od samego początku, czyli od 1968 roku. – Zagramy sporo nowego materiału bez zaniedbywania staroci – dodaje, tłumacząc, że zdaje sobie sprawę, iż grupa z półwiecznym doświadczeniem nie może koncertować w taki sposób jak przed laty. — Staje się to coraz trudniejsze — przyznaje. — Nikt z nas nie chce się zatrzymywać — dodaje Roger Glover, basista Deep Purple od 1969 roku. – Ale organizm nie zawsze jest w stanie nadążyć za umysłem czy karierą. Zbliżamy się do momentu, w którym nie jestem sobie w stanie wyobrazić następnego albumu za kolejnych osiem lat. Następnego nie, ale kolejne dwa lub trzy? Dlaczego nie! Klasa, charyzma i emocje Wiek wiekiem, można się żegnać z fanami, mówić "do widzenia", jak kilka miesięcy temu Black Sabbath, lub zarzekać się, że nic nie jest pewne. Ale metryka, choć ważna, nadal jest tylko metryką – o tym, że Deep Purple to perfekcyjna koncertowa maszyna, mógł przekonać się każdy, kto w ostatnich latach widział ich na żywo. Choćby w łódzkiej Atlas Arenie, 25 października 2015 roku, notabene w dniu polskich wyborów parlamentarnych – na setlistę złożyły się zarówno piosenki z wyśmienitego "Now What?!", jak i kilka największych przebojów Purpli, w tym "Strange Kind of Woman", "Smoke on the Water", "Black Night" i "Hush", cover Joe’a Southa. Muzyczna maestria, jaka biła z każdego zagranego akordu, podparta scenicznym luzem, przełożyła się no sto minut wspaniałej uczty. — Zaraz-zaraz, a jak wypadł Ian Gillan? — jak zwykle pytali niektórzy. — Dlaczego nie śpiewa "Child in Time?" Bo głos już nie ten – dodawali, uznając najwyraźniej, że o wartości rockowego śpiewaka świadczy przede wszystkim umiejętność odtworzenia partii ze studia. Charyzma, klasa, łatwość nawiązania kontaktu z publicznością – to już nie ma znaczenia. Jasne, że wokalista nie potrafi osiągać już takich wysokich rejestrów jak kiedyś, nadal jednak śpiewa znakomicie, z charakterystycznym feelingem, z wielką głębią. W jego głosie czuć prawdę i piękne emocje. Zapis pewnej historii Które to już będą koncerty Deep Purple w Polsce? Policzmy, pierwszy miał miejsce 23 września 1991 roku w poznańskiej Hali Arena, a ostatni – 26 lipca ubiegłego roku na Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. Zespół odwiedził nas siedemnastokrotnie, grając łącznie dwadzieścia jeden koncertów. Całkiem nieźle. Nieźle, a nawet bardzo dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że przez pierwsze dwie dekady swojej działalności polscy fani mogli słuchać granej na żywo muzyki grupy jedynie z płyt, w tym słynnej "Made in Japan" z 1973 roku, uznanej przez magazyn "Rolling Stone" za szósty najlepszy koncertowy album wszech czasów. — Nigdy nie słuchałem "Made in Japan" — przyznaje Gillan. — Ciągle mam ten album w folii, analog również leży nierozpakowany. Wolę patrzeć w przyszłość, myśleć o kolejnych koncertach. Dla mnie koncert to zapis pewnej historii. Gdy się kończy, już do niej nie wracam. Pavarotti miał gorzej Purple tych koncertowych albumów mają na koncie blisko sześćdziesiąt, nie licząc setek bootlegów, czyli wydawnictw fanowskich, nieoficjalnych. Niewiele jest zespołów, które generują aż tak fanatyczne zainteresowanie. Z czego ono wynika? Oddajmy jeszcze głos Gillanowi. — Koncerty będą się na pewno od siebie różnić — zapewnia wokalista, mówiąc o dwóch polskich etapach trasy. — Rzadko gramy dany utwór tak samo. Uwielbiamy na scenie improwizację, zabawę, która często przeradza się w coś unikalnego. Zapytany, o czym myśli, kiedy po raz trzytysięczny wychodzi i śpiewa na żywo "Smoke on the Water" czy "Highway Star", zapewnia, że nie czuje żadnego znużenia. — Koncentruję się na tym, by te i inne utwory jak najlepiej wykonać. Pamiętam wspólny obiad z Luciano Pavarottim. Wyznał wtedy, że bardzo mi zazdrości i chciałby się ze mną choćby na chwilę zamienić miejscami. Spytałem: "Dlaczego?". Opowiedział: – Słyszałem wiele zaśpiewanych przez ciebie wersji "Smoke on the Water" i za każdym razem brzmiałeś inaczej. Gdy miałeś ochotę czy zachciankę, zmieniałeś, co chciałeś. Mnie by za coś takiego, jakiekolwiek odstępstwo od kanonu w arii, ukrzyżowano. Jak wobec takich słów miałbym się nudzić? Kiedy Ritchie obwieszcza Może jest to kurtuazja, a może jednak nie, ale muzycy Deep Purple zapewniają, że Polska jest jednym z ich ulubionych miejsc do grania. — Bez względu na to, czy gramy w hali czy na stadionie, zawsze jest to wielkie przeżycie — zapewnia Roger Glover, wspominając jedną z pierwszych wizyt zespołu w naszym kraju, 31 października 1993 roku w Zabrzu, podczas trasy "The Battle Rages On". — To było coś specjalnego. Dzień wcześniej Ritchie Blackmore obwieścił nam, że zamierza odjeść, byliśmy więc mocno podłamani. Paradoksalnie, Polacy przyjęli nas tak cudownie, że mimo świadomości zbliżających się problemów odzyskaliśmy nadzieję, że jego decyzja nie oznacza końca zespołu. Nigdy tego uczucia nie zapomnimy. Ale na każdą wizytę w Polsce czekamy z wielką radością, bo każda przypomina nam, że to, co robimy, warte jest każdego poświęcenia. Lata bez żenady Deep Purple to jeden z najbardziej długowiecznych zespołów w historii rocka — z tych do dziś grających starsi są tylko Golden Earring, powstali w 1961 roku, podobnie jak The Beach Boys, poza tym The Rolling Stones (1962), i The Moody Blues (1966). Licząc łącznie, panowie skończą w 2017 roku 340 lat. I co z tego wynika? Nic. Absolutnie nic. Charles Aznavour niedługo będzie miał na karku 93 wiosny, Tony Bennett ma 90, podobnie jak Harry Belafonte. Przykłady wielkich długowiecznych można by mnożyć. Ktoś wybiera się 14 października do Łodzi na koncert Ennio Morricone? Maestro będzie miał wtedy 89 lat. — Będę na scenie do momentu, w którym moja forma nie będzie źle wpływać na jakość tego, co robię – zapewnia 71-letni Ian Gillan, którego po raz pierwszy w Deep Purple usłyszeliśmy w 1969 roku, na nagranej na żywo symfoniczno-rockowej płycie "Concerto for Group and Orchestra". — Nie chciałbym nikogo żenować. A nawet jeśli przestanę koncertować, nadal będę mógł tworzyć i nagrywać. Czy da się to przeliczyć na konkretne lata? Nie sądzę. Soul, funky i klasyka O sile zespołu świadczy też między innymi to, że przez prawie pół wieku swojego istnienia — z przerwą w latach 1976-1984 — nie zatracił swojej tożsamości. I to pomimo licznych przez lata zmian personalnych, za sprawą których składy Deep Purple z lat 1968-1976 są określane "Mark I", "Mark II", "Mark III" "Mark IV". Dziś skład jest o wiele bardziej stabilny. W 1994 roku obrażonego Blackmore’a zastapił Steve Morse, gitarzysta grup Dixie Dregs i Kansas, a w 2002 roku do składu dołączył klawiszowiec Don Airey, jak najbardziej pobłogosławiony przez Jona Lorda. Fani mają swoje mniej lub bardziej lubiane okresy, ale nie mają problemu z żadnym z nich. Jasne, że zdarzały się płyty słabsze, jak "Who Do We Think We Are" (1973), "The House of Blue Light" (1987), "Slaves and Masters" (1990), "Abandon" (1998) i "Bananas" (2003) – daleko im było do arcydzieł w rodzaju "Deep Purple in Rock" (1970), "Machine Head" (1972), "Burn" (1974) czy "Perfect Strangers" (1984). Zdarzały się też płyty, które odbiegały od hardrockowych wzorców, ale nawet "Come Taste the Band" (1975), z wpływami soulu i funky, no i gitarą Tommy’ego Bolina, który zastąpił Ritchiego Blackmore’a, brzmi jak Deep Purple. W Deep Purple zawsze było coś z muzyki klasycznej – w przeciwieństwie do bardziej osadzonych w bluesie Led Zeppelin oraz Black Sabbath, który był jednocześnie zdecydowanie najbardziej metalowy z wielkiej trójki hard rocka. Szybkość i ekspresja Twórczość zespołu należy do kanonu ciężkiego rocka i do dziś inspiruje fanów na wszystkich kontynentach. Najbardziej kultowy, nie ma się co obrażać na to słowo, w twórczości Deep Purple jest riff ze "Smoke on the Water" — obok "Enter Sandman" Metalliki jest dziś chyba najczęściej granym przez początkujących adeptów gitary elektrycznej motywem muzycznym. Ale wielkości grupy nie można mierzyć wyłącznie sukcesem tego, czy innych niesamowicie chwytliwych szlagierów. Niewątpliwie nie byłoby największych sukcesów Deep Purple bez charakterystycznego brzmienia Ritchiego Blackmore’a – na początku lat siedemdziesiątych muzyk był jednym z najważniejszych pionierów współczesnego brzmienia gitary rockowej. Wpłynął na całe rzesze rockowych, hardrockowych i heavymetalowych gitarzystów, zafascynowanych jego szybkością, klasycznymi skalami i melodyjnymi solówkami, które do dziś są przedmiotem analiz i studiów jego dziesiątek tysięcy grających wielbicieli. Muzyk doczekał się też wielu naśladowców – co ciekawe, jednym z nich wcale nie jest Steve Morse. Świetnie wpisał się w brzmienie Deep Purple, ale gra zupełnie inaczej, choć klasyki zespołu wykonuje z szacunkiem dla oryginalnych partii Blackmore’a. Dżentelmeni na wyżynach Dopiero w kwietniu ubiegłego roku zespół został wprowadzony do Rock’n’Roll Hall of Fame. Nigdy nie jest za późno, ale niesmak przez lata był zauważalny. Obecny na uroczystości perkusista Metalliki Lars Ulrich, jeden z największych fanów Deep Purple, podkreślał, że zespół wyniósł muzykę na nieznane i niewidziane wcześniej wyżyny. — Pracowali bardzo ciężko, wciąż byli w trasie, wydawali płyty niemal co rok, czasami nawet dwie. Mieli w poważaniu image i krytyczne opinie innych. W złotym wieku rockandrollowej rozpusty, seksu i narkotyków, pozostali dżentelmenami, skupiali uwagę przede wszystkim swoją muzykę. Potrafili grać i improwizować. Potrafili i potrafią — dwa koncerty Deep Purple z rzędu, mimo podobnego zestawu utworów, potrafią się mocno od siebie różnić, także długością. Proces prawdziwie magiczny Deep Purple osiągnęli wszystko, o czym rockowa grupa mogłaby marzyć, choć nie zdobyli nigdy Nagrody Grammy. Wiele było w ich historii fochów i docinków — Gillan i Blackmore do dziś nie mogą się ze sobą porozumieć — podbili za to serca fanów w każdym wieku, nagrali mnóstwo płyt, które na zawsze będą stanowić klasykę rocka, mają w dorobku mnóstwo nieśmiertelnych utworów. To jeden z tych zespołów, do których zawsze będzie się chciało wracać. — Jednym z pięknych aspektów pracy z tym Deep Purple jest to, że utwory się po prostu pojawiają — mówi Roger Glover. — Wystarczy jeden riff, który wszyscy podłapią, a nagle wokół niego rodzi się wypełniona pomysłami piosenka. To jest niemal magiczny proces. Nawet jeśli czasem towarzyszą mu także ból i frustracja. Jednak uczucia, jakie towarzyszy uznaniu utworu za gotowy, nie da się porównać z niczym. Tak jak i uczucia towarzyszącego spotkaniu z zespołem na żywo. Oby przez wiele jeszcze długich lat.
From: 'In Rock' (1970) A stomping, ominous riff and another killer song lands at No. 5 on our list of the Top 10 Deep Purple Songs. The song is a slow-grooving monster propelled by rock solid
Sklep Audiobooki i Ebooki Muzyka mp3 Pop&rock Perfect Strangers Perfect Strangers (Album mp3) Oceń produkt jako pierwszy Czas trwania: 00:54:32 Data premiery: 2019-07-12 Oferta : 50,99 zł 50,99 zł Produkt cyfrowy Opłać i pobierz Najczęściej kupowane razem Posłuchaj i kup Posłuchaj i kup Płyta 1 Tytuł utworu Wykonawca Czas trwania Cena 1. Knocking At Your Back Door Deep Purple 07:00 7,49 zł 2. Under The Gun Deep Purple 04:31 7,49 zł 3. Nobody's Home Deep Purple 03:55 7,49 zł 4. Mean Streak Deep Purple 04:16 5,99 zł 5. Perfect Strangers Deep Purple 05:23 7,49 zł 6. A Gypsy's Kiss Deep Purple 05:08 7,49 zł 7. Wasted Sunsets Deep Purple 03:54 7,49 zł 8. Hungry Daze Deep Purple 04:53 5,99 zł 9. Not Responsible Deep Purple 04:38 5,99 zł 10. Son Of Alerik Deep Purple 10:02 7,49 zł Dane szczegółowe Dane szczegółowe Tytuł: Perfect Strangers Wykonawca: Deep Purple Solista: Deep Purple Dystrybutor: Universal Gatunek: Rock Data premiery: 2019-07-12 Rok wydania: 1984 Liczba płyt: 1 Format: MP3 Indeks: 37739584 Recenzje Recenzje Zobacz także Inne tego wykonawcy Popularne w tej kategorii Klienci, których interesował ten produkt, oglądali też Podobne do ostatnio oglądanego
Listen to uDiscover Music’s Deep Purple Best Of playlist. “The title track comes blasting out of nowhere,” wrote Deborah Frost in Rolling Stone, “ like an I’m-alive-and-well message from
Sklep Muzyka Vinyle Pop & Rock Zagraniczna Perfect Strangers (Remastered) (Płyta Analogowa) Data premiery: 2016-01-29 Rok nagrania: 1984 Rodzaj opakowania: Standard Producent: Universal Music Group Opis Opis Zremasterowana winylowa wersja albumu Deep Purple wydana w ramach serii Back To Black 180gm Vinyl. Tracklista: 1. Knocking at Your Back Door 2. Under the Gun 3. Nobody's Home 4. Mean Streak 5. Perfect Strangers 6. A Gypsy's Kiss 7. Wasted Sunsets 8. Hungry Daze Dane szczegółowe Dane szczegółowe Tytuł: Perfect Strangers (Remastered) Wykonawca: Deep Purple Dystrybutor: Universal Music Polska Data premiery: 2016-01-29 Rok nagrania: 1984 Producent: Universal Music Group Nośnik: Płyta Analogowa Liczba nośników: 1 Rodzaj opakowania: Standard Wymiary w opakowaniu [mm]: 314 x 5 x 314 Indeks: 18912135 Recenzje Recenzje Empik Music Empik Music Inne tego wykonawcy W wersji cyfrowej Najczęściej kupowane Inne tego dystrybutora
Deep Purple na "Turning to Crime" przypomina utwory z czasów młodości muzyków, które w większości można uznać za klasykę rocka, rhythm'n'bluesa czy bluesa. Dzięki temu powstał najlepszy album zespołu pod względem kompozytorskim od bardzo dawna, jeśli nie po prostu najlepszy w tym aspekcie.
Recenzja Jakuba Kozłowskiego. Pamiętam koncert Deep Purple w Krakowie bodajże z grudnia 2019 roku. Wybrałem się na ten występ z kolegą i doskonale pamiętam, jak staliśmy w lekko przerzedzonym tłumie słuchając występu legendy, która, na mnie osobiście, zrobiła dość przygnębiające wrażenie. Ot, doskonały zestaw kultowych utworów odegranych z wielkim znawstwem ale bez iskry i bez emocji. Do tego Ian Gillan… Ian po prostu nie miał już głosu. Męczył się, albo przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Oczywiście wszystko tłumaczy jego wiek. Daj Boże, aby każdy z nas zachował tyle energii i hartu ducha w wieku (jak on wówczas) siedemdziesięciu czterech lat. Tak to sobie tłumaczyłem i tak tłumaczę nadal. Pozostaje jednak pytanie, czy w ogóle należy uzasadniać formę zespołu, który, niestety, coraz bardziej sprawia wrażenie formacji odrobinę zagubionej, nie wiedzącej jak zejść ze sceny. Mam jeszcze jedno wspomnienie związane z tamtym koncertem. Po występie miałem okazję porozmawiać dłuższą chwilę ze znawcą Deep Purple, fanem od zawsze, kolekcjonerem i prawdziwym fascynatem muzyki purpli. Podszedł do nas i zapytał „Jak się podobał koncert”. Odparliśmy oboje z kolegą, że podobał się, tak… może być i wzruszyliśmy ramionami. Wówczas ów fan powiedział „A Ian Gillan? Słyszeliście Gillana?” – „Taak, słyszeliśmy”. „W takiej fenomenalnej formie nie był od lat!” – dodał z błyskiem w oku. Dało mi to do myślenia, w jaki sposób odbiór tego samego koncertu może być tak diametralnie różny. Czy wynika on z sympatii do formacji (chociaż nie – ja przecież również uważam się za oddanego fana) czy może nostalgii odrobinę zaślepiającej i odbierającej możliwość racjonalnego odbioru muzyki? Nie wiem. Może to przecież działać w obie strony. Może to ja się mylę. Być może tak właśnie jest. Może tamten koncert był fenomenalny a moje oczekiwania są niemożliwe do spełnienia? Może podobne słowa zachwytu usłyszałbym od wspomnianego fana również na temat nowego albumu? Co z tego jednak, skoro wówczas, po koncercie zastanawiałem się jedynie: „Skoro to był genialny występ Gillana, to boję się myśleć, jak brzmi występ kiepski”. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas odsłuchu „Whoosh!”. Czy to jest dobra płyta? Kiepska? Każdy fan musi sobie na to pytanie sam odpowiedzieć i każdy będzie miał rację. Ja się tego nie podejmuje. Przedstawiam jedynie moje zdanie. Muzyka to nie tylko dźwięki, refreny, mosty, instrumentalne przerywniki a przede wszystkim emocje. Te nie wynikają z samych utworów a sposobu w jakie odbiera je słuchacz. Wpływ na nie mają osobiste, często niemożliwe do wyartykułowania wspomnienia czy odczucia. Ja nie pamiętam lat świetności Deep Purple. W czasie, gdy przyjechali do Poznania z Joe Lynn Turnerem w składzie byłem za mały, aby w ogóle na koncert się wybrać, co tu mówić o czasach „Machine Head” czy chociażby „Perfect Strangers”. Znam tą muzykę z albumów – przesłuchanych wielokrotnie, uważnie i z olbrzymią pasją. Miało to jednak miejsce lata po premierze, ba, całe dekady i poznawałem je w oderwaniu od wspomnień czasów w których powstały – z tego prostego powodu, że gdy na rynek trafił „Perfect Strangers” miałem raptem kilkanaście dni. Czy to znaczy, że moja ocena dorobku Deep Purple, a w konsekwencji, najnowszych jego dokonań jest spaczona? Nie, chociaż być może brakuje jej emocjonalnego, głębszego zaangażowania. Nie patrzę więc na zespół i „Whoosh!” (tak jak nie patrzyłem w ten sposób na „Now What?!”, „Infinite” czy wcześniejsze albumy) przez pryzmat osobistych wspomnień. Patrzę na nie bez emocji, ponieważ same te płyty emocji nie wywołują a pozbawiony jestem bagażu doświadczeń, które umożliwiłyby napełnić ten pusty pojemnik wrażeń i nadać mu wyraźny ciężar. Chciałbym, aby Deep Purple sami wypełnili ten figuratywny pojemnik odczuciami płynącymi prosto z fenomenalnych melodii, genialnych riffów i świetnej atmosfery, ale niestety tak się nie dzieje. Bez kultywowanej przez większość życia głębokiej nostalgii do zespołu jako takiego, budowanej w oderwaniu od konkretnej jakości poszczególnych nagrań, album „Whoosh!” zdaje się niezwykle, boleśnie wręcz letni. Zawsze przy recenzowaniu płyt legend staję przed dylematem – czy bardziej cieszyć się, że zespołowi wciąż się chce grać dla fanów czy raczej zastanawiać się dlaczego wciąż gra, wbrew wyraźnemu zmęczeniu? Bo Deep Purple są zmęczeni. Jestem tego pewien. Potrzebują impulsu z zewnątrz, zastrzyku energii, który ponownie poruszy ich na tyle, że zdecydują się wejść do studia. W przypadku trzech ostatnich płyt takim zastrzykiem, jeżeli wierzyć samym muzykom, jest producent Bob Ezrin, który podejmuje się od czasu „Now What?!” zadania poskładania pomysłów zespołu w koherentną całość. Stąd jego współautorstwo wszystkich kompozycji na albumie. Nie lada zaszczyt, o który trudno gdyby jego wkład nie był faktycznie znaczący. Ezrin podobno przycina, skleja, pilnuje i ubiera w konkretne ramy twórczość Deep Purple ostatniej dekady i trudno pozbyć się wrażenia, że to właśnie te ramy ograniczają znacząco siłę oddziaływania muzyki, która stała się zrównoważona, na pewno elegancka, ale i pozbawiona tego co w rocku najważniejsze – odrobiny szaleństwa. Słucham „Whoosh!” od kilku ładnych dni i z każdym odsłuchem zmuszam się do powrotu do płyty z coraz większym bólem. Trudno. Nic na to nie poradzę. Poza kompozycjami „Throw My Bones”, „Nothing At All”, „Step By Step” i może „Power of the Moon” nie odnajduję na albumie nic, co przykułoby moją uwagę. Co gorsza, nawet wspomniane utwory ulatują wraz z wybrzmieniem i nie chcą zagnieździć się w głowie. Czy więc warto zapoznać się z płytą? Tak, warto. To w końcu Deep Purple – już na ostatnim zakręcie, już na końcu kariery ale wciąż Deep Purple. Moja córka już nie będzie mogła powiedzieć „Tak, widziałam Iana Gillana, Rogera Govera i Iana Paice’a na scenie” – tak jak ja nie mogę powiedzieć, że widziałem Led Zeppelin, a dużo bym za to dał. Nie powie również zapewne: „pamiętam co czułam, gdy wyszła kolejna płyta zespołu”. Dlatego cieszę się, że ten album powstał i nie żałuje czasu z nim spędzonego. Nawet jeżeli na mnie osobiście nie zrobił absolutnie żadnego wrażenia.
Ψዓш ур ጋιщеζο
Խдοցըфሾ нтερ св
Шιηεг нθտ нևлዝ иժеτሷла
ይул ыቫ щአйሀራէмя
Оκаբխфеդуዣ ащеቇ ηисоሯፗм
ԵՒф ጪхፃроհኗкта
Мաрιኔի и зሶвиሒεпէξе
The majority of tunes on Perfect Strangers are fast-paced rockers in the best Purple tradition–“Under the Gun”, “Nobody’s Home”, “A Gypsy’s Kiss”. It’s too bad that the album’s weakest cut–the plodding and uninspired title track–was chosen as the first single. But if any of the other songs get to see the light of radio
1. King Of Dreams 2. Cut Runs Deep, The 3. Fire In The Basement 4. Truth Hurts 5. Breakfast In Bed 6. Love Conquers All 7. Fortuneteller 8. Too Much Is Not Enough 9. Wicked Ways Rok Wydania: 1990 Płyta nagrana 3 lata po bardzo dobrym The House Of Blue Light i 6 lat po genialnej Perfect Strangers. Jak wiemy, album został nagrany bez udziału Iana Gillana. Za mikrofonem stanął znany z Rainbow Joe Lynn Tuner. Fani obawiali się, że będzie to zbyt tęczowa płyta (bo przecież Ritchie Blackmore, gitarzysta Deep Purple, to lider Rainbow). No i rzeczywiście płyta jest odejściem od wcześniejszego stylu. O rewolucji oczywiście mowy być nie może, ale różnica w stosunku do reszty jest widoczna. Rzecz bardzo kontrowersyjna. Pierwszy utwór King Of Dreams wcale nie brzmi jak Purple, bardziej pasowałby do repertuaru np. Def Leppard. Jednak ma ciekawy refren i miło się go słucha. To najmniej Hard Rockowy kawałek na tej płycie. Od razu razi jeden fakt: jakże mało do powiedzenia ma tutaj Jon Lord, popisów klawiszowych mamy tu jak na lekarstwo. Następny utwór The Cut Runs Deep to świetny mocny riff i znowu ciekawy refren. Również solówka Ritchiego pierwsza klasa. Kawałki numer 3 i 4 czyli Fire In The Basement oraz Fortuneteller to już klasyczna głęboka purpura. Mamy tu znane nam riffy Blackmore`a, stare, dobre klawisze Lorda, nawet Tuner śpiewa jak Gillan. W Truth Hurts nadal utrzymują poziom. Z początku przypomina to znowu Deep Purple z Ianem, jednak osoba Tunera i dyktatorstwo Blackmora zrobiły swoje. Love Conquers All to jedyna ballada na płycie. Bardzo słodka i z klasycznymi Purplami nie mająca zbyt wiele wspólnego, mamy tu ciekawą grę gitary i przejmujący śpiew wokalisty. Zostaja nam jeszcze dosyć oryginalny Breakfast In Bed i mocny Too Much Is Not Enough z kolejnym świetnym refrenem i nieco lukrowanymi klawiszami. W ostatnim utworze mamy porządną hard rockową jazdę z doskonałą pracą sekcji rytmicznej. Zdania na temat tej płyty są podzielone, warto się zapoznać, aby wyrobić sobie o niej własne. Z pewnością zabrało jakiś znaczących hitów i klimatu sprzed lat, ale nadal jest bardzo dobrze. Jestem wielkim fanem tego albumu i słucham go z olbrzymią przyjemnością. 7,5/10 Piotr “PITOPIETHO” Bargieł Powiązane Artykuły Post navigation
Tribute band Deeper Purple perform this classic Deep Purple song - the title track from their reunion album - Perfect Strangers. Not an exact copy of the o
Рок-оркестр NIKAMUZA при участии Гродненской Капеллы и Joe Lynn Turner (Rainbow / Deep Purple) в симфоническом рок-шоу
Live at "Avo Session Messe Basel" (2003)BeRock Online RadioThe MOST Melodic place You can Ever Find!BeRock Radio's websitehttp://berock-radio.comBeRock Radi
Perfect Strangers Live. Wykonawca: Deep Purple. 4,9. 1 recenzja. 142,84 zł. Dodaj do koszyka. Sprzedaje cd-dvd-vinyl 4,8 ( 934 oceny) Zobacz produkty. Wysyłka w 9-10 dni rob. Dostawa i płatność.
Aprenda a tocar na guitarra o clássico do Hard Rock "Perfect Strangers" da banda Deep Purple, com o nosso instrutor Rafael Bazano (Farofa).Acesse a cifra: ht
1984 saw the long-awaited reunion of the classic DEEP PURPLE Mark II lineup of Ritchie Blackmore, Ian Gillan, Roger Glover, Jon Lord and Ian Paice. It was th
Band: Dimmu BorgirAlbum: AbrahadabraSong: Perfect Strangers (Deep Purple Cover)Year: 2010Country: NorwayGenre: Symphonic Black MetalLYRICS:Can you remember r
#perfectstrangers #deeppurple #coverHi everyone, first of all - thank you very much for checking out our cover of a great song made by Deep Purple, and cover
Perfect Strangers. Deep Purple. 12" Vinyl. 8. DE 1984-11-12. Polydor ( worldwide imprint, see annotation) 823 777-1. 042282377715. Perfect Strangers.
Subscribe to the official Deep Purple channel here! http://bit.ly/WOMNq2Deep Purple's Perfect Strangers was released in November 1984 and was a huge hit glo
JustWatch. 58:46. Deep Purple / Perfect Strangers Live 1984. Pichi Glez Rea. 8:18. Deep Purple - Perfect Strangers Live | movie | 2013 | Official Trailer. JustWatch. 4:21. Nine Perfect Strangers 1x03 - Episode 3 - Meet The Strangers.
The Beatles - Blackbird Deep Purple - Smoke On The Water Deep Purple - Smoke On The Water (Easy Intro) Dire Straits - Sultans of Swing The Beatles - And I Love Her Eagles - Take It Easy: Other versions: Deep Purple - Perfect Strangers
Perfect Strangers Live is a live double album with DVD by Deep Purple recorded during 1985 world tour and released in 2013.